Friday, December 23, 2011

Happy Holidays/ Wesolych Swiat


Z okazji swiat Bozego Narodzenia i nadchodzacego roku 2012, zycze Wam wszystkiego co najlepsze, duzo dobrego zdrowia, milosci rodzinnej, zyczliwosci ludzkiej, pogody ducha i spelnienia marzen.

I wish everyone a wonderful and peaceful Christmas. May the new year 2012 be a happy and prosperous one!


Tuesday, November 29, 2011

Zimowy domek














Ktoregos dnia bardzo spodobal mi sie wzor Val d'Abondance z kolekcji Lili Soleil. No, po prostu musialam go wyszyc. Z radoscia przylaczylam sie wiec do Swiatecznego SAL'u i na dzisiaj mam wyszyte tyle. Material, ktorego tu uzylam to len Belfast z Witchelt Imports, 32 nitki na cal, kolor Blue Spruce. Jak narazie, bardzo przyjemnie mi sie wyszywa. Przepraszam za jakosc zdjecia, ale u nas jest dzisiaj niesamowicie ciemno i ponuro na dworzu, wlacznie z wielkimi ulewami.

Sunday, October 30, 2011

Family of Snowmen/Rodzinka Balwankow














Wczoraj skonczylam rodzinke balwankow. Tak sie balam ze nie zdaze przed Swietami, ze jak dodalam gazu, to skonczylam na dlugo przed Bozym Narodzeniem. Wzor, ktorego uzylam, to SnoBuddy Family Chris de Longpre (po angielsku; mozna tu kupic wersje elektroniczna). Ja kupilam swoj w zestawie z wloczkami z Mary Maxim, poniewaz tak bylo mi wygodniej. Musze jednak dodac, ze same balwanki sa nieduze, latwe i dosyc szybkie w wykonaniu. Robimy okrazeniami,  i na samym poczatku dodajemy duzo oczek tak, aby powstalo mniej wiecej plaskie denko, a potem dodajemy oczka lagodniej, robimy az osiagniemy pozadana dlugosc i zaczynamy zmniejszac az do szyi. Od szyi znow poszerzamy na glowe, i tak dalej. Najwiecej czasu zabralo mi dzierganie tych wszystkich czapek i szalikow, bo to jednak troszke male. Zanim wypchalam balwanki specjalna "wata" do zabawek, nasypalam na sam dol troche ziaren soczewicy (moze byc tez fasola lub groch) w celu obciazenia dolow, aby balwanki ladnie i latwo staly. I to wszystko na dzis. Dziekuje slicznie za odwiedziny. Zycze pieknego dnia i zapraszam do obejrzenia fotek balwankow ponizej.

Yesterday, I finished a family of snowmen. I was so afraid that I wouldn't be able finish before Christmas, that I decided to really 'step on it'. Consequently, they're done well before time. The pattern, which I used for this project, is called the SnoBuddy Family by Chris de Longpre (you can purchase the pattern here). I bought mine as a kit from Mary Maxim because that was just more convenient for me. The snowmen are relatively easy and quick to make. They're not too large - the tallest are approximately 7" tall. I filled them first with a little bit of dried lentil seeds (you can also use dried beans or peas), and then with polyester fiberfill.  The accessories required a bit more concentration and time, but that's because they're a bit small. And that's about it for today. Thank you for visiting. Have a super day. 






































































Tuesday, October 18, 2011

I'm back / Jestem














No tak... Nie bylo mnie tutaj jakis czas. No coz, zycie, brak zdrowia i czasu robia swoje... Od razu chce sie czyms pochwalic. Otoz, ja, wielka szczesciara, jestem posiadaczka naszyjnika i broszki autorstwa Anyi Es. Od jakiegos czasu jestem milosniczka sutaszowych wyrobow Ani. Kobietka ta nie tylko potrafi stworzyc bizuterie o fantastycznie pieknych ksztaltach, ale takze ma wspaniale wyczucie jesli chodzi o laczenie kolorow. Z calego serca zachecam Was  nie tylko do odwiedzenia strony internetowej Ani, ale takze do nabycia jej tworczosci. Bizuteria od Ani wspaniale nadaje sie na prezenty dla pan (sezon swiateczny tuz, tuz) i naprawde jest wykonana rzetelnie, dokladnie i z uzyciem dobrej jakosci materialow. No, same zobaczcie (ponizej) co do mnie przyszlo (od razu przepraszam za jakosc zdjec, w rzeczywistosci kolory sa o wiele piekniejsze, zywsze i wogole cudowniejsze).

 
OK... I haven't been here for a while. But you know how it is - life, lack of good health and time tend to get in the way of blogging.
Anyway, I need to show you something beautiful that I received some time ago from Anya Es. She makes the most stunningly beautiful soutache jewelry. Anya is not only a master when it comes to imaginative forms and shapes, but she has a wonderful talent for combining colours. I wholeheartedly encourage you to visit Anya's blog here, and check out her creations. Look at this necklace and a brooch, which she made for me (sorry, the photos are not that great - the colours are much more beautiful and saturated in real life).



































Sliczne, prawda? A wiecie jak te bizutki pieknie na czlowieku wygladaja? Aniu, jeszcze raz dziekuje Ci z calego serca za stworzenie tych cudownosci.

Aren't they beautiful? And they look absolutely awesome on a person, too. Thank you, Anya, for creating these gorgeous pieces of art.


No dobrze... A co u mnie na froncie robotkowym?  Nie za wiele, poniewaz i tutaj mialam maly zastoj. Zrobilam dwa fikusne szaliczki z wloczki tasiemkowej (Frill Seeker Precious Metal Light). Jesli ktos by chcial wiedziec jak sie z takiej wloczki dzierga na drutach, to moze sobie obejrzec filmik TUTAJ (chociaz nie po polsku, to jednak wszystko dobrze widac). Jesli ktos woli szydelkiem, to prosze obejrzec TEN OTO FILMIK.

Now, in terms of my own handiwork, I haven't been very prolific lately. I managed to make two frilly scarves using the Frill Seeker Precious Metal Light yarn. If you'd like to know how to knit with this novelty yarn, please check out THIS VIDEO. Or, if you prefer to crochet, you may find THIS instruction video useful.

























Udalo mi sie jeszcze zrobic trzy laleczki na szydelku. Instrukcje (po angielsku) autorstwa Deb Richey sa zatytulowane "Chwast w moim ogrodzie" i sa bardzo latwe w wykonaniu. W sumie (na upartego), mozna taka jedna laleczke zrobic w przeciagu dnia. Mi wszystkie trzy zabraly ok. 10 dni, ale ja robilam z przerwami i nie codziennie. Do wykonania uzylam resztek zwyklej wloczki akrylowej.

I also managed to crochet three dolls for my little girl. The pattern, by Deb Richey, is called "Weed In My Garden", and can be purchased here. The instructions are quite easy to follow and each doll is relatively quick to make. If I really wanted to, I could have made one "weed" per day. It took me about 10 days to crochet and assemble all three, but I wasn't working on them all day, every day. This project is also good for using up acrylic yarn remnants, which is what I did.




No, i to by bylo narazie tyle. Zycze Wam pieknego i spokojnego dnia. XOX
P.S. (Nie wiem co z tym Bloggerem dzisiaj. Za nic nie moge wstawic tekstu i zdjec tak, jak chce. Blogger i tak robi swoje.)

So, I guess that's that. Have a nice and peaceful day. XOX 
P.S. (I don't know what's wrong with Blogger today. It will not let me do the layout the way I want - it just does what it wants, when it wants. I guess it's possessed.)

Sunday, July 31, 2011

The Birth of a Butterfly






















Today, I will write about crafts made by mother nature. Warning: loooong post.
Do you remember this kind of creature, which I wrote about some time ago?









This is a caterpillar of the Black Swallowtail butterfly. I had two in my garden. They were so cute, fat and ate a lot of my parsley. I called them Genio and Henio (Gene and Henry in English, but think: Itchy and Scratchy). The very next day after the previously mentioned post, Genio attached itself to the underside of a wooden handrail (the photo is bad because I couldn't properly fit the camera into the space) and made a handsome chrysalis:









The other one, Henio, was a bit reckless, hanging out on the parsley for all the neighbourhood birds to see. I decided that as soon, as it's ready to transform into chrysalis, I'll take it home and put it on my hibiscus plant. The very next day, that's what I did. It "run around" on the plant happily for about an hour and then spun it's little silk thread. Another hour or two later, Henio was hanging properly from the branch:









After another couple of hours, it formed a pretty chrysalis:













Notice, how the colour of the chrysalis depends largely on the colour of the surroundings it is attached to. Genio, which attached itself to a wooden rail, very closely resembled that type of wood. Henio, which found a place among green-white-yellow leaves, made a green-yellow chrysalis.

Well, I checked on these two several times a day, for almost two weeks. One morning, I went to check on Genio (the gray-brown one outside) and... it was gone!!! I missed its coming out! Apparently, this type of butterfly likes to be born between 5-11 a.m. I guess so. At that time, Henio on the hibiscus, didn't look anywhere ready to come out. Several days later, in the evening, I noticed it became more transparent and I could faintly see the yellow spots on its wings.













The silly hibiscus decided to drop just the very leaf Henio was attached to, so I fortified the stem with scotch tape. Anyway, I knew that the time of the butterfly's emergence is near - it could be minutes to hours. Of course, I didn't dare sleep that night. I really didn't want to miss this, especially that I have never seen the birth of a butterfly with my own eyes before (television programs don't count). So, at 5 a.m. - nothing. 6, 7, 8 a.m. still NOTHING. Until around 11:15 a.m., when I literally left for 30 seconds to put a towel in the laundry basket. I came back and Henio was totally out!!! I missed it! It wasn't so bad, though, because it was still all crumpled up. So, these are the very first pics of Henio (you can see how it progressively straightened its wings):















































After about an hour, the butterfly started to walk on the plant and practiced opening its wings fully. And then... it turned out that Henio (Henry) is a Henrietta, i.e. we have a girl (males have more/bigger yellow spots and less blue)! I let her climb onto my hand and arm, and went to sit with her in the backyard.





















Since my arm started getting a little stiff, I decided to put her on the parsley plant.













There, she sat for about an hour, preparing her wings for flight.













And then... she flew. Made one big circle in the air, came back to where I  was standing and flew away for good, leaving behind her "Cinderella's slipper":









So, that was on July 20th. I didn't see her at all until today. Well, maybe it was the other butterfly (Genio), but I don't know whether it was a male or female. What visited us today was a female. Sure, it could have been an entirely different butterfly, but I have never seen this kind in real life, especially in my city, so I'm hoping it was "my" Henrietta. She sat on the parsley plant, then flew toward me and my daughter on the patio. She almost sat on my DD's head, then fluttered very close to my face and almost sat on my hand and went back to parsley. There, she stayed for several minutes and flew away again. However, she left us a gift - two tiny butterfly eggs:














I hope that they'll survive to become fully grown butterflies. By the way, observing the different stages of a butterfly's life was a very good learning experience for my daughter. I also didn't know that many people raise butterflies in their homes, although not all kinds of butterflies are suitable for this. That's it for now.
If you lasted this far into the post, thank you for your patience. Have a wonderful day. Kirk out.

Narodziny motyla



Dzisiejszy post jest o robotkach recznych robionych przez matke nature. Uwaga: dluuuuugi post.
Pamietacie takiego oto stworka z jednego z poprzednich postow?









Jest to gasienica motyla Papilio Polyxenes (po polsku to chyba Czarny Jaskolczy Ogon). Byly ich u mnie w ogrodku dwie, niesamowicie zzeraly pietruszke, byly grube jak male kielbaski i wogole byly fajne. Nazwalam je, z braku laku, Henio i Genio. Zaraz na drugi dzien po tamtym poscie, Genio uprzadl sobie jedwabna niteczke pod porecza drewnianych schodow i zamienil sie w poczwarke (przepraszam za jakosc zdjecia, ale bardzo mi tam bylo trudno wejsc z aparatem):









Henio, ktory zwisal na samym czubku pietruszki, a wiec byl bardzo widoczny, zaczal przywabiac okoliczne ptaki. Zdecydowalam, ze jak tylko bedzie gotowy na przepoczwarzenie sie, to go wezme do domu na hibiskusa. Tak tez zrobilam na drugi dzien. Henio wesolo "pobiegal" sobie po galazkach, poczym zaczal przasc swoja niteczke. Gdzies tak po godzinie/dwoch, Henio juz pieknie dyndal na galezi.









Po nastepnych dwoch/trzech godzinach, zostal przykladowa poczwarka:













Zauwazcie, ze kolor poczwarki tego gatunku zalezy od koloru otoczenia w jakim sie znajduje. Genio, ktory przyczepil sie do drewna, sam wygladal jak kawalek drewienka. Henio, ktory byl na hibiskusie o zielono-bialo-zoltych lisciach, zostal jasno-zielono-zolta poczwarka.

No nic, przez prawie dwa tygodnie dogladalam obie poczwarki kilka razy dziennie. Az ktoregos ranka zagladam do Genia (tego brazowo-szarego na dworze) i... kokon pusty!!! Musial wyjsc baaaaardzo raniutko (wiekszosc tych motyli ponoc wykluwa sie ok. 5-11 rano). No coz, przynajmniej sie wyklul i zadne ptaszysko go nie zjadlo. Henio, natomiast, wisial sobie w najlepsze i nie mial zamiaru sie ruszac. Kilka dni pozniej, wieczorem, zauwazylam ze w koncu kokon/chryzalida zrobila sie przezroczysta i bylo przez nia widac zarys zoltych kropek na czarnych skrzydlach motylka.













Ta tasma klejaca na drzewku byla niezbedna poniewaz lisciowi zachcialo sie po jakims czasie zzolknac i opasc, a przeciez Henio musial na czyms wisiec, bo inaczej moglby sie nie wykluc. W kazdym razie, balam sie isc spac tej nocy, poniewaz nie chcialam przegapic wyklucia Henia. Nigdy w zyciu nie widzialam tego na wlasne oczy (programy telewizyjne sie nie licza - to nie to samo). No wiec, 5 rano - nic sie nie dzieje. 6-ta, 7-ma, 8-ma i NIC. I tak do ok. 11:15. Poszlam szybko wrzucic recznik do koszyka z praniem - doslownie trwalo to 30 sekund. Wracam - Henio juz jest caly na zewnatrz! Kurcze pieczone - przegapilam!!! Z tym, ze trafilam jak jeszcze byl caly pognieciony, wiec nie bylo tak zle. Oto pierwsze zdjecia motylka zaraz po wykluciu (widac jak po trochu rozprostowywal skrzydelka):
















































Po jakiejs godzince, motylek zaczal lazic po drzewku i rozposcierac skrzydla. Wtedy okazalo sie, ze Henio to Henia (motyle meskie maja wiecej zoltych plam i mniej niebieskiego), czyli... mamy dziewczynke! Pozwolilam jej wejsc mi na ramie i wyszlam z nia na dwor.





















Posiedzialam z nia troche, ale ze mi reka zaczela dretwiec, to przelozylam Henie na pietruszke.













Tam sobie jeszcze posiedziala z godzinke, cwiczac swoje skrzydelka.













Nastepnie pofrunela. Zatoczyla jeszcze kolko, podleciala do mnie, potrzepotala mi skrzydelkami i odleciala na dobre, zostawiajac po sobie tylko "krysztalowy pantofelek Kopciuszka":









To bylo 20 lipca. Nie widzialam jej az do dzisiaj. Chociaz moze to byla Szara Genia, ale nie wiem czy tamten wyklul sie chlopcem, czy dziewczynka, ale to co przylecialo bylo samiczka. Pewnie, ze statystycznie moglby to byc jeszcze inny motyl, ale ja nigdy w zyciu tego gatunku na zywo nie widzialam, a szczegolnie w miescie, wiec ludze sie, ze to "nasza" Henia. Latala oczywiscie kolo pietruszki. Wyszlam z corcia do ogrodka, a motylek... prosto na nas. Zatoczyla kolo nas kilka kolek, malo corci na glowie nie siadla, mi latala prawie po twarzy, malo na reke nie usiadla - nic sie nie bala. Potem znowu, buch, na pietruszke. Posiedziala kilka minut i znow gdzies wybyla. Ale... zostawila nam prezent - maluskie jajeczka:














Mam nadzieje, ze nie zgina, i ze beda z nich kiedys nowe motyle. A tak na marginesie... Obserwowanie roznych stadiow z zycia motyli bylo bardzo fajne i pouczajace dla mojej coreczki. A tak wogole, to przedtem nie wiedzialam, ze wielu ludzi hoduje motyle (nawet w Polsce). Z tym, ze nie wszystkie motyle sie do tego nadaja.
No, to tyle na dzisiaj. Jezeli wytrwaliscie dzielnie przez caly post - bardzo dziekuje za wasza uwage i cierpliwosc. Zycze Wam pieknego dnia i odmeldowuje sie.